15 gru 2017

odświętna piosenka dla córki

dedykuję Monice

dorosła córko - zawilce
i bzy zagrały peany
na skrzypce i na organy
a ja nic, milczę i milczę

a ja nic, myślę i myślę

czy już znalazłaś tonację
czy napisałaś dwa słowa
gotowa jestem godowa

bo gdy się rodzi pieśń twoja
jedwabnych powabnych zmysłów
potrzeba chwili namysłu
a ja nic, czekam i czekam

a ja nic, słucham i słucham

jak twoja zabrzmi modlitwa
jak się do Boga dostrajasz
jaki wybierasz makijaż

z prędkością wiązanki światła
rozniecasz umysł pod niebem
kwantami świecą anioły
a ja nic, nie wiem i nie wiem

a ja nic, zbieram i zbieram

wspomnienia w różne szuflady
żeby je posegregować
i zmienić w lepsze życzenia

będzie kolęda radosna
Irlandzka morska ballada
z niebem rozmowa soulowa
a ja nic, składam i składam

a ja nic, nucę i nucę

i jakimś przeczuciem zdalnym
pojmuję że ty na świecie
jesteś zjawiskiem specjalnym

__________________________________
Napisał: ojciec
Ilustracja: Van Gogh, fragment obrazu Domy w Auvers, 1890
Warszawa, 5 grudnia 2011

4 gru 2017

Późni kochankowie

Milczą na każdy temat,
kneble mają smak winogron,
zaschniętych liści,
popiołu.

Między piersiami niosą mgłę,
podobną do zmierzchu,
z resztką blasku i ciszą
spadającej gwiazdy.

Teraz już nie płaczą.
Jaśminowa noc przywołuje pamięć
bez gorączki ust
i bez pośpiechu.

Bezwarunkowo wolni
mogą zatańczyć na moście Bifröst,
śmiertelni
stają się bogami.

Blisko, tak blisko są sami,
że mogliby obudzić świat.
Ale skąd mają siebie brać,
skoro umierają z miłości.

__________________________
Ilustracja: Arthur Rackman
Warszawa, 4 grudnia 2017

4 lis 2017

Naga wierzba

W jesiennej odsłonie
ból odrywania falban i koronek
zamarł.

Gałęzie mają prostą budowę,
smagnięcia mrozem
zniosą.

Nie troszcz się przechodniu,
ciąć będą przed wschodem
dnia.

Chrust stanie się ogniem a
kora zaogniona od pąków
odetchnie.

Wierzba w następstwie
rozpozna najmniejsze drgnięcia
wzrostu.

__________________________
Ilustracja: Piet Mondrian. The Grey Tree, 1912,
Iwy, 4 listopada 2017

15 paź 2017

Od krańca do krańca

Celinie i Piotrowi
Zmókł step.
Milion ziół zapadło.
Pośród obcych kilku swoich.
Ktoś snuje opowieść o stanie dusz.

Czy dwie nogi wystarczą na przejście
rumowisk, zadeptanie mrowisk,
wytyczenie dróg
dalej na wschód?

Nie ma tam początku ani końca.
Schronienie jest zaledwie sklepieniem gwiazd.
Chłód może przerwać wyłącznie słońce,
jeśli tylko roztopi się grad.

Ciału pozwolono trwać
o każdej porze w dowolnym miejscu.
Zanadto aż powietrza
do szczęścia.

_____________________________
Ilustracja: Foto autora
Warszawa, 15 października 2017

12 wrz 2017

Jesienne istnienie

Mój dom pachnie chlebem, bimbrem, grzybami
i ciałem a duch bezwonny nuci
scherzo trzeszczących schodów aż do ogrodu
i na brzeg chopinowskiej melancholii
w rybi plusk i kaczy śmiech.

Eh życie, nic nas nie goni, żeby przerwać ten raj.
Dach z deszczem w powódź gra
spraw niezałatwionych, one tam wysoko
odlatują wraz z żurawiami do Portugalii,
gdzie to jest? zobaczymy.

Krótkie są nasze odloty, jak każdy maj,
lecz jesień ma postać dojrzałą,
wyrósł chleb a wódką rozgrzany duch
ma posmak smorodinówki, wokół las trwa
i my jak rzeka do syta trwamy tego dnia.

__________________________
Ilustracja: Foto autora
Iwy, 12 września 2017Jesienne istnienie

1 wrz 2017

jeszcze kurz wojny niosę na ramionach

nie mogę zetrzeć
żadnej nazwy ciężarnej od zabitych
w głowie tkwią żądła
wylęgłe z nienawiści

Guadalcanal z przepaścią zachłannej dżungli

Monte Casino z deszczem krwi

dwa w sierpniu rozdarte brzegi warszawskiej Wisły

miliony mundurów rozrzuconych na stepach
w poprzek ludzkiej zdolności pojmowania

indochińskie grzęzawiska i płaczące kobiety
na zbrukanej słomie

poległe wieże
w pępku Zachodu

a przecież nikt jeszcze do mnie nie mierzył
nie kazał zdzierać skóry z rąk
nie biegłem na wprost dział pancernych
zamarł krzyk gwałtownej śmierci

kule nadal odmierzają życia
oddzielają od nas
bez rozgłosu
dlatego opadający kurz
wciąż pachnie klęską i ma ciężar
rzeczywisty

________________________
Ilustracja: P.Picasso
Iwy, 21 września 2011

8 sie 2017

Romantycznie

„Widzę, oni nie widzą!”
Adam Mickiewicz, Romantyczność

Tylu was z mazowieckiego pola
wyrywa kamienie.
Tylu was potyka się o lemiesz
zasadzony w głowie.
A ilu z perzu układa bukiety
zerojedynkowe.
W nawach pochyla kręgosłup
dla bolesnej męki.

Tylu jeszcze z rzek równinnych
filtruje wodę.
Zagarnia resztki sosnowego lasu
na pożytek miast.
Obraża się na złośliwość świata
w klatkach na asfalcie.
Praktycznością przybija ręce
do kostek Rubika.

A kogo świerszcze potrącają
letnimi scherzami.
Sok renklody miód kładzie
na płochliwe serce.
Kto zwariowany zrywa uprzęże
z sokolego gniazda.
I z kim Afrodyta marzyć będzie
na samotnym rejsie.

Teraz jasno widzę jak należy
przeskoczyć prostotę.
Z Żelazowej Woli i Opinogóry
powymiatać kurz.
Będą swobodniej oddychać
wśród tandety mole.
A kometa na nowo rozbłyśnie
na progu wszechświata.

_____________________________
Ilustracja: Jan Stanisławski
Iwy, 8 sierpnia 2017

10 lip 2017

Jest taki dom-nieśmiertelnik w Warszawie

Przy Krakowskim
o północy skrzypią schody,
wchodzą i wschodzą
umarli poeci.

Tacy piękni, tacy młodzi!

Wyszeptują wiersze,
stąd bliżej do nieba.
Pokutują w słowach
i rodzą poemat.

Mową nieskończoną!


W oknach świec zasłona
skrywa noc liryczną
Baśki, Krzyśka i Zbyszka
Janusza, a nawet i Ryśka.

Z Hybryd i z okopów!


Terminatorom Boga
wódka zda się na nic
w domu z mocą ducha,
z poezją bez granic.

Metafory im plączą języki!


A pod Świętą Anną
umiera z tęsknoty
serce czarnej madonny
i dziewczyny złotej.

Do tych w jasnym brzasku!


__________________________
Ilustracja: Foto Monika Trochimczuk
Iwy, 8-10 lipca 2017

29 cze 2017

Oprócz poetów

„…ludzie najbardziej lękają się tego wiatru,
który ich odsłania (…)”
Plutarch. O wścibstwie, 3

Dmą ich Anemoi,
każdym słowem odrywają włókienka
i w obieg rzucają.

Jaka lekka jest ich piosenka,
jakie nieważkie wyfrunęły ptaszęta
uwolnione z objęć.

Sam duch pod bladą skórą
wywleka się na drugą stronę,
wspak i na wybieg.

W najdoskonalszej odsłonie
przeźroczyści próżniacy pomiędzy palcami
przesuwają skuloną gorycz na odległy plan.

Doleć, ptaku, doleć
do ziarna prawdy lecz nim to się stanie
od wiatru oko załzawi, abyś nie zobaczył.

Twoim piórem oderwanym w locie
piszą mit o sobie,
który ich zasłania.

_____________________________
Ilustracja: Gustaw Klimt
Iwy, 29 czerwca 2017

25 cze 2017

Przed jakim słów uczynkiem

Gdy chłopcem w księżycowym wianku
tkliwił się za drzewem, byłże już poetą?

Gdy nieposkromiony duchem na palcu
wyolbrzymił ciało, byłże już poetą?

Gdy się odnajdywał pośrodku ciemności
przewidując innych wprzód, byłże już poetą?

Gdy kamień podnosił, pod którym skamlał
zaledwie z ziemi wyzwolony pęd, byłże już poetą?

Gdy do ust wkładał brzoskwiniowy miąższ
i marzenie o ziarnku gorczycy, byłże już poetą?

Gdy oczy zasłaniał gęsty deszcz,
żeby w mglę pogrążyć śmierć, byłże już poetą?

Gdy do światła wrócił po zaznaniu piekła
i blizną płótno zmarszczył, byłże już poetą?

Gdy oparłszy głowę w dłoniach nie skrył
pasma siwej melancholii, byłże już poetą?

Gdy w drodze na Kaukaz widział odwrócony
połoninę pełną miododajnych traw, byłże już poetą?

Był po wielokroć nim, był nawet, gdy nikt
nie usłyszał jeszcze jego słów.

__________________________
Ilustracja: Georges Braque
Iwy,25 czerwca 2017

20 cze 2017

Jaśminy i nokturn

W ciężar jaśminowego wieczoru
Chopin jak ćma lgnął
z lento con gran espressione – grał syn
trochę w półmroku, trochę ze szkocką nutą w oddechu.

Znowu byliśmy młodzi,
nieco nostalgiczni, nieco filharmoniczni, zbliżeni.
Dym Marlboro smużył za nami
i nie wiedziałem, czyje tętno słyszę.

Chwila trwała wydłużona akordem i błękitnym trylem –
nagłego wzruszenia nie nazywam smutkiem.
Zostaliśmy objęci jednym płomieniem
po dniu gorącym a jeszcze przed nocą.

__________________________
Ilustracja: Nokturn - praca na VariArt
Iwy, 20 czerwca 2017

13 maj 2017

Niebieski mężczyzna z modrą kobietą

I po cóż mi serce, którym nie napiszę,
mięsień okryty błękitem,
z niesłyszalnym rytmem
pod dźwiękoszczelną powłoką,
podskórny bulgot krwi i szmer neuronów.

Po cóż mi serce wytrącone muzie.
Na palcach obok przechodziła z wolna,
pomimo mojego wołania.
Posiniałymi palcami
stukałem testament.

Po cóż mi serce -
zostałbym opustoszałym osierdziem,
woreczkiem kilku myśli,
nieskromnych uczynków
zapisanych na najwyższym szczeblu.

Po cóż mi serce pełnokrwistej dzieweczki
którą prząśniczka wyrwała z kądzieli,
czy żebym z zawilcem cicho się weselił
czy szedł w jej dymie
w takt żałobnej pieśni.

Po cóż mi serce z modraszką na szczycie,
jej nie zobaczycie ani mego blasku,
krople czerwone spadają jak życie
gdy z wysokim niebem
stanąłem niebieski.

__________________________
Ilustracja: Blue-Cerulean-Warbler-song-bird-on-canvas-Modern
Iwy, 13 maja 2017

12 mar 2017

Ani rozumu, ani serca

Rozleciały się umysły
po wybuchu atomowym.

Przeciągnęły liryki
za strefę demarkacyjną.

Kochanie, zrobię kawę
na twoje czytanie,
a sobie na godzinę penetracji
kontenera z osobami.

Szukam osoby tego czasu,
najmądrzejszej w całej sieć danych
i czulszej od kardiografu.

Dopiero przed chwilą w ciżbie,
w szeregach, w kolumnach,
dostrzegłem puste miejsce
bez potomka Hammurabiego.

Bez jednego na stu,
bez stu na resztę.

Gdzie jest filozof
albo poeta jak dzwon
a tu tylko śmiertelne ciało,
fajerwerk, a po nim nikły dym.

Być może nic więcej nie można dodać,
zaledwie powtórzyć, zaledwie skurczyć
co powiedziano do pół słowa.
Koniak do kawy.

__________________________
Ilustracja: Heraklit i Demokryt , Malarz flamandzki z kręgu Jordaensa
Warszawa, 12 marca 2017

7 mar 2017

Przerwa na romancę

O tej godzinie porzucam zgliszcza
opuszczam hałdę popiołów,
uwalniam usta od piołunu,
a na urwiskach nie widzę straceńców.

O tej godzinie nie pamiętam burz,
zmąciły nieba kochankom
i wyczerpane własną grozą
po kres wypogodziły im horyzonty.

O tej godzinie umierają przykrości
dziewczę przynosi dzban,
wprost na naszą chciwość
leje nektar z winorośli Pinot Noir.

O tej godzinie milkną mdłe pretensje,
zefir ostudza wątpiących,
to co nieprawdopodobne
otrzymuje nowe życie, jeśli piękne.

O tej godzinie skowronka nie strąca
przewrażliwienie na głos,
wystarczy trochę słońca
żebyśmy i my świegotali w transie.

O tej godzinie każda namiętność
będzie spełniona ad hoc,
o tym nie trzeba myśleć,
skoro zaświtało nim przepadł mrok.

__________________________
Ilustracja: Sielanka, Józef Chełmoński
Warszawa, 7 marca 2017

26 lut 2017

Karnawał epikurejczyków

Wenecja się bawi na jawie
gdy oni pod maskami żyją w ukryciu,
żeby im ciężkiego ciosu nie zadała sława.

Zabawa jest lepsza bez wysiłku,
bez oddawania honorów znanym damom
i czcigodnym chamom.

Wokół dostojne wachlarze
i pióropusze, powłóczyste suknie,
spodnie o podwyższonym stanie, popiół.

Dużo popiołu na dnie
po wypitym winie i po grze
w chłopców i panienki.

Szparki masek wypełnione światłem
wypala się tam winorośl i chmiel,
jarzy podskórny węgiel.

Aż nadejdzie pijana noc
z podzwonnym snem,
że był karnawał.

__________________________
Ilustracja: Walter Heimig, Zajmująca opowieść
Warszawa, 26 lutego 2017

23 lut 2017

Śmierć pączka

Gdyby miał niepozorną postać
cały objęty ustami natychmiast
zniknąłby w otchłani.

Ale napuszony i wyrośnięty,
lukrem palce klei i nadzieniem
ukrytym mami.

Jego obecność-owalność bliska
i pobudzająca język miękkość
ma byt krótkotrwały.

Rozkosz podniebieniu zapewnia
odgryzanie kęsów zębami i ból
słodkich płatków róż.

Umieranie pączka dla rozkoszy
nie ma w sobie nic z tragedii,
jak unicestwianie żądzy.

__________________________
Ilustracja: Pablo Picasso, Sen
Warszawa, 23 lutego 2017

20 lut 2017

Przeistoczenie

Niemowlę miękko przylegało do dłoni,
żywe i ciepłe z zapachem początku,
nieświadome jakichkolwiek klęsk

nieświadome miłości,
można było zmieścić
całe w jednym sercu jak w jednej kieszeni.

Kruche i zależne
wyssało dla siebie odrębność
oto to ten, oto to ta – istota patrzy na ciebie.

Kto na podbródku rozpozna meszek snu,
kto dopatrzy się mlecznej drogi
w obcym, który stanął obok.

Nie jest już tamtym,
pamięć zawsze roi w teraźniejszości
i przymierza wielkie do małego, śni

o przeistoczeniu
strumienia w ocean,
z piąstką pozostawioną na odległym brzegu.

__________________________
Ilustracja: Jean Francois Millet, Anioł Pański, 1857-1859
Warszawa, 20 lutego 2017

13 lut 2017

Nowe pociągi i reklamy

Długodystansowe międzykontynentalne
samoloty odbierają drżenie przed nieznanym.
Tłum ludzi niepoznanych, jedynie ocieramy
swoje przelotne widoki i znikamy, znikamy
pogrążeni w sieci bezosobowych związków,
nicki, twarze w sepii, cycki, niechciane pieski.

Jednak jajecznica ze szczypiorkiem ma sens
niespożyty w ciągu wieków, i wino z Gruzji
i chleb z własnego wypieku, codzienny smak
zakwasu nastawionego w wiecznej kuchni
Dzielę z tobą zwykły dzień na poboczu
i w środku tej historii mam ochotę na seks.

Ja przez nieuwagę bardziej współczesny,
mimo niezerwanych związków z Proustem,
Mannem czy Szulcem, jakimś prorokiem
minionego wieku i osłem na jakieś salami,
wiem to – coraz więcej rodzi się poetów,
nawet gdy nie są głodni pożerają błahostki.

__________________________
Ilustracja: Jean-Antoine Watteau Pierrot, 1719
Warszawa, 13 lutego 2017

10 lut 2017

I my jesteśmy historią

Opowiadana dziś z wyłączeniem luk
w pamięci i dni świadomie zatartych.
Skrywana w sercu jak uważają poeci
a jednak zazwyczaj strzeże jej mózg.

I przepowiednie, głównie w zabawie
są światłem oddanym do żonglowania.
Jak przyszłość bez uchwytnego ciała
w chwili tej przestaje być niespełniona.

Więc cóż, nie warto po prostu konać,
gdy nie mają sensu wymyślone troski.
Bądźmy bardziej radośni i pijąc wino
wspominajmy, że było, a winnice są.

__________________________
Ilustracja: Max Barascudts - Na zdrowie
Warszawa, 10 lutego 2017

Jeszcze w ataraksji niepogrążony

Moja muza ma postać wątroby,
niespokojne wnętrze
staje się językiem węża, którym dosięgam
swojej drugiej strony.

Pouczyli mędrcy, że lepiej w niewiedzy
mościć własne sprawy,
wrogowie zdają się być wtedy nieobecni
a kosmiczny dysk bytu nie rwie.

Choćby byli namacalni
nie cierpiałbym z zamkniętymi oczami,
lecz jak wówczas być wędrowcem
w poszukiwaniu niedzieli.

Moja praca trwa mimo amnestii
jaką obdarzył mnie wiek,
bo powołania nie mogę oddzielić
od umysłu i ręki, jak pulsu.

__________________________
Ilustracja: Young Routy: Henri de Toulouse-Lautrec
Warszawa, 10 lutego 2017

9 lut 2017

Dora Maar niezastąpiona

Dedykuję Elżbiecie Musiał,
autorce poematu To jedno


Rękawiczki w czerwone róże
i krwawą
kroplę zauważyłaś, bo on zauważył
pierwszy podniósł do oczu.

Teraz jest znacznie łatwiej cierpieć
za sztukę w ciele kobiety
niż mógłby ujawnić to samiec.

Jak to jest pokroić czyjeś życie,
odseparować nieobecne jądro i wyłożyć
na pierwszym planie? Czy warto

obnażać nieskromne
spomiędzy ud wyjmować pędzel,
żeby do ust włożyć słowo.

Zauważ, krwią nie namalujesz róż,
jedynie jesień zwiędłą
na brąz. Gaśnie kolor

zabrany nieobecnym istotom
świat jest zużyty
i kto na obrazie poczuje woń.

Bez zapachu nie ma kobiety
ani mężczyzny, choćby codziennie zabijał ją
i unieśmiertelniał.

Zadurzona w Dorze pisarka
przestaje być tajemnicą, wiemy o tym pospołu
ty współczesna i ja współczesny.

__________________________
Ilustracja: Picasso – Dora Maar z kotem i Dora Maar
Warszawa, 9 lutego 2017

7 lut 2017

Sielanka

Jeszcze zamyślam się nad Czerniakowską,
żeby tak, żeby tak
była zabawa zamienić w jest.

Dawni poeci ulic i czarnej miłości
odeszli precz, może przez jakąś bramę,
lukę w mieście, umilkł skecz.

A ja wciąż pięćdziesiątkę podnoszę,
bez zakąski, bo tatara i śledzia
podano wcześniej.

Nie do podrobienia jest smak
wódki na stojąco przy kontuarze,
nie do powtórzenia tamte zapite gęby.

Dusza mojego miasta umiera
bez zimnych nóżek i bez was panowie,
wyrzuconych na bruk z półpełną butelką

__________________________
Ilustracja: http://fotopolska.eu/217521,foto.html Lata 1962-1976
Warszawa, 7 lutego 2017

29 sty 2017

Lista obecności

Kiedy kropla deszczu z twarzy spływa
a myśl nie skarży wieczności ani drwi – jesteś.

Gdy do lotu wiatrem podszyte skrzydła
klekocą drewnem i pozostaje tęsknota – jesteś.

Ile razy zaparłby się w boju żołnierz,
i ile przestrzelił drzew, i stał we krwi – jesteś.

Jeśli pies warczy na już nieobecnych,
gdy cienie upadłych wydłuża księżyc – jesteś.

Gdzie rozpostarł się piołunowy step
rozleglejszy od wciąż nieznanego nieba – jesteś.

Pod schnącą bielizną w uliczkach Neapolu,
w woni przypraw na słońcu w Dżajpurze – jesteś.

Na alpejskiej wyniosłości i w wąwozie
pomiędzy zachwytem i zwątpieniem – jesteś.

Gdy nikogo nie było by zaświadczył,
że byłeś i nikt nie sprawi, że będziesz – jesteś.

__________________________
Ilustracja: Banks of Bercy • Marc Chagall
Warszawa, 29 stycznia 2017

24 sty 2017

Uważanie

Kogo wybrać? Jeden rozchylony
płaski brzuch obnosi, drugi błyszczy
ornatem na obłych ramionach?
Jedna gałąź w słońcu zbliża liść do cienia,
druga w promień wpleciona cała drży z gorąca.

A mnie w połowie od pnia oddartego
widać, jak zmagam się z pragnieniem.
Zabliźnione pożegnałem miejsca,
od wyjałowionej ziemi oddalam a zbliżam
do życiodajnych wód jeszcze niepoznanych.

Codziennie lampart poszukuje ofiary,
mysz przeczekuje w labiryncie,
lecz kto lękliwy wejdzie na szczyt Matterhornu
będzie okrzyczany – bohaterem albo głupkiem
w odwagę odzianym albo całkiem nagim.

__________________________
Ilustracja: Foto autora
Warszawa, 24 stycznia 2017

15 sty 2017

Kulig w Dolinie Chochołowskiej

W styczniową mroźną noc Bartek
gniady ciągnie sanie, trzeszczą w drewnie trzewia,
ręka kolebie pochodnią, chybotliwy płomień
liże twarz wynurzoną z głębin,
z pragnienia aby utrwalić chwilę, światło
sunące w białej koleinie
za płozą, za końskim ogonem, za mną.

Widzę księżycowe srebro na tatrzańskich wierchach
pobladłe od zdalnych tajemnic, od skalnych wód,
żlebów teraz nieistotnych, w nierealność zaklęte
teatrum
a z przodu bezwstydnie jedna gwiazda, po zachodzie,
w przerwie mrocznych drzew płonie, przeraźliwie jasna
Wenus, gonię, gonię –

W zwierzęcym pośpiechu, w nieprzejednanej ciszy,
mimo janczarów zapadających w osierdziu dźwiękiem
niezauważalnym, szemrze potok pod śniegiem,
biegiem, biegiem,
coraz dalej, coraz wyżej unoszą z mej woli
pobielałe na ramionach świerki
w chochołowskim lesie.

Jeszcze przed nawrotem w pół nieskończonej drogi,
polana luną wyodrębniona pod srebrzystą górą
potrąca strunę, wyskocz, zbiegnij,
bądź jak mój kochanek księżyc,
ten nie odmawia a światłem swoim wtapia
w chłód, zimne podniebienie,
gdy szuka go język.

Lecz nie, dam się ponieść biegowi,
powraca już do pierwotnej stacji,
z parującym koniem mgłą białą owianym, z cieniem
czarnej kropli nocy i blaskiem odbitych słońc
nastawiam pamięć z drogi
a w zamkniętych oczach skrywam
świt, który we mnie się rodzi.

__________________________
Ilustracja: Foto autora
Warszawa, 15 stycznia 2017

3 sty 2017

Mróz

Nie jest ziemskiego pochodzenia,
na powitanie czegoś ludzkiego
kosmos zbliża otwartą źrenicę.

W niej dłonie poszukują iskry,
stopy odczuwają cienkość lodu,
mrowią w przejrzystym obłoku.

Im zimniej, do początku bliżej,
bez proroków, bez ciepłej matki
limfa zastyga w kształt pierwotny.

Śnieg, kiedy pada, przenika postać,
skrywa ślady wahania, mroczne sny,
w których poczyna się wiek klęski.

Zastygłe oczy oglądają wieczność,
wystarczy czasu na odgadnięcie
najkrótszej drogi na zielone łąki.

__________________________
Ilustracja: Maurice Denis
Warszawa, 3 stycznia 2017

2 sty 2017

Zwyczajność

Powinno być inaczej – świetliściej,
jakoś piękniej, ale
nostradamusem zakląłem o poranku
od chmur ciężkim,
bo niewyżyty wiatr w okno wpadł,
sielankę postrzępił.

Wystygła kawa zimnym potokiem
zablokowała przełyk,
dreszcz podobny do trzęsienia ziemi
przypomniał o końcu,
w Europie nadal cumują przepełnione
czarczafami okręty.

Powinno być inaczej – śnieżniej,
jakoś czyściej, ale
kot ubłocił łapy i oznaczył przestrzeń
niedozwoloną nam
tęskniącym za zimą a my wystraszeni
stanęliśmy na niczym.

Jeszcze można powalczyć o czajnik
on zazwyczaj mruczy
pieśń o herbacianych polach Batumi,
skąd jednak wziąć
zielone listki w styczniu i ogrom wód
na gorący sztorm.

__________________________
Ilustracja: Witold Pruszkowski,, Sielanka
Warszawa, 2 stycznia 2017