29 gru 2018

O wędrowaniu

W ciszy
bez księżyców i słońc
w szarej melancholii ulicy,
nie gaśnie dzień zbliżony do nocy
podobnej do gniazda – stąd
nie wylatuje ptak
jak z dłoni.

Cokolwiek
odciska niezauważalny ślad
jest jak zawsze był ukryty
w oceanie głowy.
Idę. W świt.

Tyle razy okrążyłem ziemię
a więcej razy mózg uzwojony
zgłębiłem
nowy ląd.

Gveleti spadał w obręcz z moich węży,
w szczelinie wyobraźni jątrzył pamięć.
I widzę wszystkie spadające wody,
i słyszę każdy poruszony kamień.
I z posiwiałej tęsknoty
wyrwany śnię
na jawie.

Na ulicy wykroty po nieobecnych.
Majaczą konary oliwnych drzew w oddali.
Obolały zewnętrzne światy
a mój żywi własną krew.

__________________________
Ilustracja: Jerzy Borowiec
Warszawa, 29 grudnia 2018

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz