19 lut 2018

Dwa tygodnie na trzy symfonie i jeden koncert podwójny

Joseph Haydn, Symfonia D-dur nr 104
Piotr Czajkowski, Symfonia F-moll nr 4. op. 36
Johannes Brahms, Koncert podwójny na skrzypce i wiolonczelę a-moll op. 102
Robert Schumann, IV Symfonia d-moll op.120

Zapowiada. Nadciąga dźwięk.
Ojciec woła
syna.

Syn w drodze.

Jeszcze na polanie śnieg. Jeszcze ogień
rozniecają sarnie. Będzie wesele,
trzy agonie, zimie lżej – bystrzej
płynie święta woda.

Napełni konchy
otwarte dla serc. O, niewidoczne
trzepotanie ptaków. Śpiew
przetacza krew, allegro.

Metro zostawiam w dole. Śpi kot.
Jeden przystanek, o gdyby więcej…
Na górze między asfaltem
a smolistym niebem idę
w mozole, a za chwilę prędzej,

prędzej.
Wspominam świt. Wczoraj,
przedwczoraj i jeszcze
dalej przed-świt
wnet.

W rozbłysku ożywa flet. Waltorni zew
i skrzypiec jęk. Bo śmierć
swojej woni w nozdrzach
nie daje zapomnieć. Eh.

Coraz bliżej niego podchodzę.
Wiem. Ten oddech, ten cień.
Kres wydaje się bliski
gdy ledwie początek jarzy.

Uspakaja pierwszy promień,
podniesienie ręki. Rozpięty łuk w symfonii
poczęty. Grymas? Skąd ten
wątpliwy ton, jakby cięty
upadł i spomiędzy nóg
chce podnieść się doi ust. Rytm
staję się napięty. Dęty. Głos, czyj? Mój, twój
albo tej, która nie mogła zaprzeć swych płuc.
Dmie.

Tak, wyskakują akordy na podniesioną brew.
Teraz będę już widział kniej
zawiłe ostępy. I ani rusz, ani
drgnie wewnętrzna struna –

Cisza.
Niepojęta, nieprzewidywalna.
Zupełnie inna w zastygniętych instrumentach.
Inna na niedomkniętej wardze,
Na zakrzywionej drodze.
Ty za zakrętem.
Nie słyszę zstępującego niepokoju. Dramat
niespisany ale już rozegrał się w nas,
roztrzaskał słony lód. Odwróconą twarz
obmyślam na nowo farbą z oczu.

Trwa andante. Pomnożone marzenia senne,
poranne wzwody, zatrzymanie mokki w ustach
na czas błogi. Jakby słodycz.
Pielęgnuję ból zadawniony, rozciągam – cienieje
niby twoja płeć staje się błahym liściem, płochym
a mnie – nie wiem już co – boli, kto smyczkiem
przeciągle wodzi po zabliźnionej stronie.

Padał deszcz, byliśmy oddzieleni, zwykle
w deszczu podwaja się nasza samotność.
Trudno wtedy widzieć. Odchodzimy
bez słów w chmurę. W jednej
były widne pokoje, wymyte okna albo bez szyb
łatwiej dotknąć przegubu, doznać olśnienia. Hej,

a w drugiej mroczna cela.
Interwał
od ściśniętego serca do wyrzutu w otwartą sień.
Stoją w niej futerały zakurzone, niepodpisane,
puste. Wchodzę i staję się nowym kształtem.
Gotowym. Czekam. Nasłuchuję… Granie…

Dalekie echo sfory. Kąsanie, piana z pysków,
Niagara na ekranie. Niemilknąca woda.
Nie mów do mnie kochanie. Mów ojcze.
Mów jakbyś po raz pierwszy spotkał ogra.
Mów – bez kolca.

Andante. Zebrałem się w sobie, owinięty futerałem.
Jeden dzień był dobry. Słońce w łagodnym powietrzu,
nie było wiatru a powiew na twarzy lżejszy od tknięcia
płatka spadającego z planety czerwonych róż. Drugi
dzień nie gorszy od pierwszego wiódł
po nieosłoniętych ramionach. Erotyka wyobrażona.
Nie odróżniam waszych imion, wkrzyczeliście się
i rozpełźliście we mnie – drgnięcia skóry docierają głębiej.
Rozpamiętuję dni następne, wszystkie
niezasklepione żale, wszystkie fale ciemnej wody.

Zmierzchy śnieżnobiałe wywołują melancholię.
Przeczekałem noc bez snu. Noc martwego księżyca.
W zmierzchu jaśminowym łagodniały stare życia.
Znikały z ćmą, spalały się z nią w źrenicach.
Bez wysiłku przepływa przeźroczysta mgła
za którą jesteśmy rozebrani. Bezpieczny
przechodzę przez skwer, strumień latarni
osłania zwątpienie. Są tej samej jasności,
ta sama czerń jest jego schronieniem.

Powtarzam motyw, odmieniam
w tle, staje się moim sumieniem.
Jeszcze, jeszcze, opowiem was,
rozmnożę, w lepszych kolorach
będę was wybierał appasionato.
Ze stref zakazanych przeniosę
w czyste dźwięki. Instrumenty
w istocie wyzwolone – stroją…
Nadciąga kosmos.

Trzynaście dni poprzedza finał
przypisany do nieskończoności.
Policzek dotyka skrzypiec, smyczek wodzi w harmonii.
Wiolonczela obejmuje uda, smyczek wodzi niżej, śmielej.
To naprawdę istnieje – porywy tonacyj. Świstunka wędrowna
biegnie pomiędzy drzewami, zielona, zdziwiona błyska –
ruch pośród liści. Stąd już bardzo blisko vivace con fuoco.

Batuta w górze. Rzut.
Bat na konia.
Blacha z brązu, srebra ton.
Rozpalona symfonia spada jak grom. Agonia…
Syn ani drgnie, ale
podniebienie syna jest słone. Język zbiera pianę z mórz.
A na mnie skóra spalona. We mnie mórz
rozbudzenie, i już widzę nieuchronny koniec.
Uf.

Nieopodal Wilanowa jest bistro.
Piana na piwie
uspokojona.
Cicha noc przed nami. Zasnął las.

__________________________
Ilustracja: georges-braque-wheat-fields
Warszawa, 17 lutego – 3 marca 2018


15 lut 2018

Módlcie się za rządy

Do sprawiedliwego
w każdą niedzielę:

O przypadkowo żądne,
losowo pokrętne.

O wyłamanie pazurów
przed braniem.

O papier ścierny
na ich złote stolce.

O ciężkie kamienie
do łamania kłamstw.

O milczenie
nad błahością spraw.

O niezapominanie
własnego początku.

O zapomnienie
złego.

O złamanie ołówków
na sejmowym papierze.

O skrócenie
wywyższonych.

O pełnoziarnisty chleb
na szynkę.

O wyższość Polski
nad władzą.

O polskie msze
bez świerzbienia języka.

O polne ścieżki
bez zaganiacza.

O niedziele
wolnej myśli.

__________________________
Ilustracja: Ferdynand Ruszczyc, Ziemia, 1898
Warszawa, 15 lutego 2018

14 lut 2018

Popiół

Skończone szaleństwo ognia
ma postać wygasłą.
Sypkie i szare
zapamiętanie.

Palcom odbiera wilgoć.
Suchy dotyk, suche ciepło.
Pozostałość nielotnych pierwiastków,
z włosów, ust i perzu.

Pył znad czoła
wpada w czeluść po krokach.
Kto zaszedł daleko nie cofa
spełnionego.

__________________________
Ilustracja: Anselm Kiefer,The-Orders-of-the-Night
Warszawa, 14 lutego 2018

11 lut 2018

Jestem i piszę

Trzyletnie wino jest w mocy.
Język dotyka winogron,
na nim dojrzewa słowo

kocham. Kogo, co, jak?
Duch już uwarstwiony,
trudniej myśl rozprostować.

Gdyby bez żadnej kontroli
nakreślić proste i kręgi
i wydostać się poza nie,

tam odpuściłby mróz,
zakwitłyby przebiśniegi
w kolorze żywej czerwieni.

__________________________
Ilustracja: Ventzislav Piriankov
Warszawa, 11 lutego 2018

3 lut 2018

Próba zrozumienia

Wieczór po ciężkim dniu
zapada w lepkość mokki.
Jego ćma
obciąża powieki. Dziura
wypalona w obrusie
zrośnięta z chaosem

dalej krąży
ptak potrącony snem.
Przyśniony po utracie
Kaliope.

Wychodziłem z bistro,
samochód potrącił ją.
Iluzja prysła. Dalej
poszedłem pieszo,
na krawędź myśli.
Dymiła gwiazda

na obrusie
sczezła.

Stan przedzawałowy
rani.

W zmierzchu drąży
kolejny tunel do
czego?
Rozpamiętuje fragmenty
pominiętych osób.
Historie nieocalone
czekają na palec
serdeczny.

__________________________
Ilustracja: The-Bar-at-the-Folies-Bergeres-by-Edouard-Manet
Warszawa, 3 lutego 2018

28 sty 2018

Nie, żebym pisał słowo

Słowo wybieram.
Wyodrębniam.
W y d a j ę.

Martwe liście, wiele martwych liści
zsuwa pochyłość. Usłane doliny
milczą. Nie ma w nich niczyjej winy.

Resztkami żywi się szakal złocisty.
mułojad pozostawia czysty strumień,
rymów do wierszy szuka apologeta,
mętna woda tam wiruje.

Do mnie ono przychodzi.
N i e n a z w a n e,
podobnie jak ja sam
pozostaję w przedświcie.

Jest tylko przeczuciem.
I s t o t n o ś ć zdejmuje pstre piórka
i naga drąży tunel w potrzebie.

Natrafia.
Mówię: źródło.
Noc na zasłonie blednie.

__________________________
Ilustracja: AbdulRedha Baqer, Kuwejt
Warszawa, 28 stycznia 2018

27 sty 2018

Nanga Parbat na czasie

Kto wielki
potrzebuje góry nagiej od wieków?

Zawsze gotowej
podjąć, objąć, przytulić,
zaśnieżyć, oblodzić.

Dopóki mrówka wychodzi
z rzeki – wodzi ją
łańcuch mrówek.

Samotnik wchodzi
wysoko na koniec.
Śmigło strąca śnieg.

Biel bez postaci.

__________________________
Ilustracja: Pakistański śmigłowiec w rejonie Nanga Parbat
Warszawa, 27 stycznia 2018