24 lis 2017

Nieopanowane

Mówią: Głupie.
Mówią: Goni.
Pytają: Dla kogo ten pośpiech?
Wyskoczy?

Wryci w spokój
końcem języka oblizują
drgnienia skóry pod obojczykiem.

Wypatrują gniewu na twarzy
w kolorze, w oku zmrużonym.
Zdobywają pewność, którą układają
jak dobrze zarobione pieniądze.

Będą wydawać przy stole
nad osłodzoną herbatą.
W fotelach dobierają słowa,
objaśniają dramat pod spodem.

Traci głowę
mężczyzna późno zakochany
ze zwężonymi arteriami.

Drugą połowę zabiera kobieta
schylona nad stawem
marszczy wodę.

W środku rwą konie,
na planie igrają pozory.

__________________________
Ilustracja: Edvard Munch Taniec życia
Warszawa, 24 listopada 2017

21 lis 2017

Fijołki, na stoku przed zamkiem ¹

„Skamander połyska, wiślaną świetląc się falą”
Stanisław Wyspiański, Akropolis, Akt II

Kochanka z kochankiem
nawet gdy kraj-aj w potrzebie
Ilijon przeznaczają na posłanie świeże.

A gdy Zygmunta dzwon
w pierś uderzy, chór bez trwogi
wezwie Kasandrę, wieszczkę zdrady żon.

Stoczą się aż do brzegu
całopalne ptaszęta. Kra-a. Kry
płyną po Wiśle. Pocałunki siarczyste.

Ani jeden gawron, ani
jedna mysz nie ruszy z posad
zawalonych trumien, mężów jak posągi.

Bo tylko miłość utka
całuny misterne. Weźmie Rachel
płótna i pierś Jemu rozerwie. Serca śpią.

To ani ja ani ty, cisi
stoją za nami ani żywych przed.
My kochankowie dobrani do pary. Mnisi.

_____________________________
¹ Stanisław Wyspiański, Akropolis, Akt II

Ilustracja: Pomnik Ankwicza, Wawel
Warszawa, 21 listopada 2017

17 lis 2017

Doba

Jak ty, poeta ma wybór
miary czasu, dzień lub noc.
Świętowały w najpiękniejszych poematach.
Zwłaszcza noc. Oddychająca pożądaniem
albo wpadająca w szloch nad ranem.

Dwadzieścia cztery godziny życia
udaje się rozciągnąć w niekończącą historię,
utkaną z mili-interwałów. Także w nieskończoność
mnożyć chwile nakładając zdarzenia
w stos, dopóki nie przekroczą masy krytycznej.
Zwykle za późno
czuć swąd.

Tymczasem wstaję o szóstej rano,
zadziwia mnie jasność
otwarta w oknie,
zaprzeczenie cieni,
o które potykałem się w listopadzie
na półkuli północnej. Dom mruczy
w opustoszałym pokoju na nowo
prężą się poduszki a zagubiony
ostatni haust powietrza ma zapach
wydechu. Cisza jeszcze raz
zapomniała zapukać
dziewczyno, gdy odjeżdżałaś do życia.

Poranna chmura zsuwa się po grani,
zatapia sen w dolinie.
To ma sens bo w mroku amok ze strachu
na ducha spada. Jak wtedy
pić mleko, jeść chleb i chrupać jabłka miąższ?
Dlatego tutaj natychmiast jest jasno,
wyłącznie nad tobą mrok
otula kołdrą dalszy ciąg nieobecności przy mnie.
Śpij, na palcach przechodzę,
oddzielam nas drzwiami. Golden Gate czy
diakońskimi wrotami, nie znam
bardziej świętych bram,
niż te między nami.

Oto pierwsza odsłona wolności,
kawa. Motam obrączkę na palcu,
uwalniam od chłonki przez grę
świadomą: jestem nie jestem, żyję nie śpię.
Gorącą strugą – prawie czarną – budzę czoło. W hotelu
Lost Lizbon mało kto wie, skąd i dla kogo
winnica nad Duoro wspina się zielonym warkoczem.
Pod którym domem przystanął potomek Maura,
żeby opisać niepowtarzalną postać
i jakie drzewo oliwne było za nim,
zielone na pogodę, siwe w deszczu.
Więc to tak! Pada
aby w kałużach odnajdywać dziecko.
Nie przeczuwało Lizbony ani śmierci
w rozpadających się wieżach, nie wiedziało nic
o samotnej plaży Utakleiv.

Stąpałem ostrożnie niedaleko Luwru
przed południem pośród maków w Musée d'Orsay.
Z niebieską parasolką schodziła
łagodna tancerka. Serce
zawsze ma powód do zachwyceń.
Serce, serce, a na płótnie kwitnie martwe życie,
skowronek jest tak wysoko, że głos
w bladym słońcu zawisł
albo na białym obłoku.
Park na Mokotowie jest pełen dróg.
Wizyta o jedenastej piętnaście w sprawie arytmii.
O dwunastej – u okulisty.
Kebab o trzynastej.
Jem.

Wtedy dowiedziałem się o powodzi w Attyce,
błoto pochłonęło człowieka, wcisnęło
w wolne przestrzenie artefaktów muł.
Nie wiadomo dlaczego potop
jest powtarzalny, jakby kara dla przodków Noego
niewymierzona do końca
teraz spełniała się na kontynentach. Toną Chiny
i Wenezuela. Teksas ginie pod naporem Harvey’a.
Przechodzę na drugą stronę ulicy
a oko cyklonu ze mną
słońcu otwiera
muślinowy obłok w maju, przędzę babiego lata
dziś. Zdejmuję niewidoczną nitkę z oka,
kicham na zdrowie i myślę: kebab i banan,
hamburger i cola z Mc Donald’a. Co zabrać?
Ryż i obrane pomidory już w domyśle
war. Ach, złote ręce w kuchni. Wracam.

Przeciągam leniwie całość,
nawet Eliota gaszę w drugiej minucie
Jałową godzinę zamieniam w źródło mocy. Wstanę!
Z poematem na jasnym ekranie
pozbawionym słów, tych z popołudniowej drzemki.
Pozwólmy im nie cierpieć, nie kochać jeszcze.
Serce nie przestawało i nie przestaje być,
jest bardziej pracowite niż ja
w wygodnym mózgu ale nieobliczalnym.
Kiedy się uskrzydla pcha mnie,
lecę z Kansas City do Phoenix
(omijam rejon burz w Górach Skalistych),
pośród małp wspinam na Stupę Swayambunath
(to było czterdzieści lat przed trzęsieniem ziemi).
Rozmawiam z moim podziemiem,
sól zasypuje rany,
proszę o szklaneczkę Bushmills
na otarcie łez.

Witam was kwitnące drzewa,
o piątej huczą roje i gęste jest powietrze.
I was nieuchwytne motyle,
podobne do pijanych barwy zataczają się
i wywołują euforię.
Pozdrawiam też rżysko i zrolowane słomy,
po których ciepły promień
toczy lato.
Zatem w czas dojrzały ukradkiem spoglądam
w głąb ciebie, chcę zrozumieć blisko i daleko,
i to zatrzymanie ręki,
i wychodzenie, i nie trzaskanie drzwiami,
cielesna przeistaczasz się w smugę cienia.

W tej dobie zostałem przypisany do adresu
w Mieście. Jestem też czółnem
na wolno płynącej rzece, rybą w potoku.
Nie pojmuję czemu jak Gombrowicz
nie ocaliłem się w Argentynie
albo nie zanikałem niby Norwid pod Sacré-Cœur
z węzełkiem niezapłaconych rachunków.
Mogłem żyć nawet pod postacią kloszarda,
w marynarce z taniego tweedu,
za wynagrodzenie toskańskim niebem,
byłoby warte. Lecz wcześniej
ma już późną postać.

Dryfuję na krze
oderwanej od lądu pisarzy, psów i muz –
wyczerpani żarem, co trawi
włókno po włóknie, pieśń po pieśni.
Dryfuję w zmierzch, zaprzeczenie wschodu,
mimo że zmierzch także wschodzi.
Popatrz, gdy umiera dzień, noc tak samo
rodzi się w zmierzchaniu
– nadchodzi i zanika –
jak niekończąca podróż
poza Morze Sargassowe, gdzie przepadają
wyznawcy klątw i czciciele obcych.
Barki pełne uchodźców odpłynęły w nieznane.
Zapiskom na krze grozi unicestwienie,
nawet z wielkiego lodowca
pada deszcz oderwanych zdań.
Rozpływa wiersz.

Po zmierzchu trudniej odwiedzać cmentarze.
Nie można odnaleźć umarłych,
ani ich wystygłych kwater.
Jeśli idziesz z niezapaloną lampą
gardzisz pamięcią, a sam obecny
tylko kamienie spotkasz i nietoperze
większe od ciem, w kształcie czarnych motyli,
tak samo ciche jak niewidoczne epitafia
straceńców. Zapal światło w pokoju,
gdzie duchy w cieple się garną
do słońca w ramionach.

Zobacz, księżyc rośnie.
Martwię się, czy nie odbiera nam blasku
twoja migrena. Masz prawo, wiem,
w za ciasnych butach szłaś i szłaś.
Korytarz wiódł na jakiś niedozwolony peron,
na manowce naszej historii.
Towarowy zabrał wszystkie połamane graty,
kurz majaczył i przeinaczał
słowa, Nawet przy herbacie
będziemy tęsknić.
Moja tęsknota trochę zamazuje szyby,
jakby księżyc miedzy gałęziami się szamotał.
Czarny ptak kląska, serce kląska,
moja ty, moja.

Spełniam się w każdej sekundzie.
Dlatego nie ma ważniejszej
i nieważnej wcale. Zegary
cicho przemierzają naszą rzeczywistość
ale nie mogą przedostać się na drugą stronę poematu.
Walą się stare katedry, posągi buddów z piaskowca
i granitu, giną największe muchy.
W mchu nawilżam stopy,
żeby nie ustać...

__________________________
Ilustracja: Salvador Dali
Warszawa, 16-17 listopada 2017

16 lis 2017

Karpia niewidzące oko

Igra z blaskiem. W rozgwieżdżonym hałasie
robi się płaskie, Nieruchome
zaćmą okrywa resztki świata.

Wigilia ostatniej ryby minęła wczoraj
od jeziora do wanny. Plum,
śmierć zatopiona w galarecie.

Gdzie jesteście, dzieciątka, o ósmej rano?
Niewinni na białym obrusie
kładą srebrne ości, widelce.

Nie będzie nic więcej prócz czystej radości.
Ryby przemierzają morza
w nieskończonej kolędzie,

__________________________
Ilustracja: Foto autora
Iwy, 16 listopada 2017

10 lis 2017

Impresja listopadowa

Dziecko nie zapamiętało nocy
ani gwiezdnej ani nieprzeniknionej,
zmierzch rozrastał się w głowie,
powiększał oczy,
pustoszył rok.

Rok nic nie znaczy w ciemności,
to wiem, zajęty rozpamiętywaniem
dnia. Zanikał niepostrzeżenie.
Listopad zajmował
krzesło obok.

Zagrał we mnie na wiolonczeli
opowieści Hoffmana i bez kochania
dzieckiem pozostawił po północy.
Zbudził je na nowo
w taki czas.

To dobry miesiąc na żal. Cichy
jak deszcz, siąpi tylko i zamazuje
kontury niespełnionych minut.
Nagie śpią dziewczyny,
matka czuwa.

__________________________
Ilustracja: Foto autora
Iwy, 10 listopada 2017

6 lis 2017

Ślad

Wgłębienie w piasku złotym
zanim się mewa ubłoci
spływa do mórz.

Troll kamienny
złożony wzwyż z nadzieją
stoi aż do trzęsienia podziemi.

Krew w rudą pamięć zastygła
zanim tropikalny deszcz
rany nie zbryzga.

Zero jeden zero
jeden jeden zero zero
w oku stają się niemą literą.

Zadrukowana wyżyna papieru
w nieprzebytą dżunglę
światło zamienia.

A cichy wiersz
nocą przeczytany raz
zostaje smugą na horyzoncie.

__________________________
Ilustracja: Foto autora
Iwy, 6 listopada 2017

4 lis 2017

Naga wierzba

W jesiennej odsłonie
ból odrywania falban i koronek
zamarł.

Gałęzie mają prostą budowę,
smagnięcia mrozem
zniosą.

Nie troszcz się przechodniu,
ciąć będą przed wschodem
dnia.

Chrust stanie się ogniem a
kora zaogniona od pąków
odetchnie.

Wierzba w następstwie
rozpozna najmniejsze drgnięcia
wzrostu.

__________________________
Ilustracja: Piet Mondrian. The Grey Tree, 1912,
Iwy, 4 listopada 2017